Zapraszamy na wspólną wędrówkę po Szwecji...
Kategorie: Wszystkie | Ciekawostki | Nasze wycieczki | O nas
RSS

Nasze wycieczki

czwartek, 10 maja 2012

 Wyspa Hano

  No i w końcu nam się udało! Dawno nas nie było i to w Szwecji i tutaj, z powodu różnych takich zawirowań życiowych, ale jak to mawiają najstarsi górale: Co się odwlecze, to nie uciecze hej ;)

   Tym razem testowałyśmy nowość o nazwie Wokół Zatoki Hano. Sobotni poranek w Szwecji powitał nas...zgadnijcie jaką pogodą, choć tak naprawdę wiało jak diabli i chcąc nie chcąc (z naciskiem na chcąc:)) trzeba było w wolnym czasie pochodzić po sklepach, żeby zaopatrzeć się w jakiś szal czy chustę.

   Zwiedzanie zaczynamy od miasteczka Solvesborg. Leniwy sobotni poranek, nikt się nigdzie nie śpieszy, żadnych nerwowych ruchów, dziwne, ale już po raz kolejny zauważyłam, że ten ich szwedzki sposób bycia udziela się przyjezdnym jak nic :) I to też jeden z licznych powodów, dla których mogłabym tam jeździć przynajmniej raz w tygodniu... Na tzw. reset starganych nerwów ;)

   Miasteczko nie dość, że leniwe to jest jeszcze bardzo stare. Jego początki sięgają XIII wieku, ale dowodów na to niewiele - zobaczyć można jedynie ruiny zamku. W średniowieczu była to najważniejsza twierdza we wschodniej Danii (tak ,tak, bo kiedyś to była Dania). Teraz obejrzeć można jedynie zarys wieży. By zainspirować wyobraźnię w pobliżu stoi również makieta tego, co stało tam kiedyś dawno, dawno temu...

   Schodząc ze wzgórza odwiedzamy mały sklepik - galerię z różnymi cudeńkami ze szkła. Ceny są typowo szwedzkie, ale całe szczęście trafiamy na obniżkę i prześliczny szklany, ręcznie wykonany korek do wina trafia w moje posiadanie.

   O tym, że miasto istniało już w śreniowieczu świadczy też charakterystyczna siatka ulic razem z zachowanym rynkiem. Ten (rynek oczywiście) zdobi fontanna. W jej centralnym miejscu - Ask i Embla - pierwszy mężczyzna i kobieta - wersja Adama i Ewy z mitologii nordyckiej - stworzeni przez bogów z dwóch kłód drewna. 

   W Solvesborg idziemy z Martą i przewodnikiem Pawłem do XIV-wiecznego kościoła Św. Mikołaja (S:t Nicolai) i już na wejściu natykamy się na kamień runiczny z wyrytą (jakże by inaczej!) klątwą. Podobno nie wolno dotykać tego kamienia. Paweł nie dostosował się do zakazu i jak tylko położył rękę na kamieniu...zaczął bić kościelny dzwon! Ale poza tym nic okropnego się nie wydarzyło. Żadnych piorunów, wizji ani innych fajerwerków :) Kościół szczyci się pięknie zachowanymi średniowiecznymi malowidłami i wspomnianym kamieniem runicznym.

Kościół Św. Mikołaja

   Po kościele miałyśmy czas wolny. Wtedy właśnie wyszła na jaw nagła potrzeba posiadania nowego szala lub ewentualnie jakieś koszulki :) Było też kulturalnie, a co! Trafiłyśmy do małej galerii i okiem ekspertów oceniałyśmy szwedzkie rękodzieło. Tu też ceny były szwedzkie, a nawet szwedzko - artystyczne. Magda kupiła jednak kilka drobiazgów ( a właściwie dwa), więc można powiedzieć, że staramy się wspierać szwedzką sztukę :)

   Po południu nadszedł czas na wyspę Hano. Małym statkiem w ciągu pół godziny dostałyśmy się na wyspę. Statkiem trochę bujało, ale tylko tyle by nazwać to przyjemnym rejsem, a nie traumatycznym przeżyciem. Zabawne, że zamieszkuje ją tylko 30 osób, obowiązuje tam zakaz ruchu samochodowego i oprócz małego kościółka zafundowanego  przez mieszkańców nie ma ani szkoły, ani szpitala, ani policji. Doszłyśmy z Pawłem do wniosku, że to idealne miejsce na popełnienie jakiegoś mordertswa... Albo przynajmniej na osadzenie akcji jakiegoś kryminału :)

   Mnie osobiście rozbawił jedyny na tej wyspie parking....przeznaczony dla przyczepek. Co więcej - żadna z nich nie miała żadnego zabezpieczenia przez ewentualną kradzieżą. Jedynie na niektórych widniało nazwisko właściciela.

   Na Hano zostałyśmy zaproszone do miejscowego dom(k)u kultury na kawę i gofry. Przy okazji dowiedziałyśmy się o znaczeniu wyspy za czasów Napoleona. Otóż była ona wówczas główną bazą floty angielskiej na Bałtyku. I wszystko przez tego Napoleona i blokadę kontynentalną. Prawda Marta? :)

   Na wyspie niedaleko latarni znajduje się angielski cmentarz. Wprawdzie jest tam zaledwie 15 grobów, ale zastanawiające jest, że jedynie dwóch ze zmarłych marynarzy jest znanych z nazwiska: Richard Davies i Clifford Williams, a reszta to n/n. W 1973 roku Anglicy na cmentarzu postawili duży drewniany krzyż wykonany z masztu po brytyjskim statku. Powiadają, że do tej pory na Hano przyjeżdżają marynarze z Anglii w ramach podróży sentymentalnych...

Angielski cmentarz

   Z cmentarza przewodnik Paweł prowadzi nas w stronę "worka fasoli" - tak żartobliwie nazywa się ostrogę - półwysep powstały z obłych kamieni, który w zależności od humorów wody morskiej i wiatru może zmieniać nieco swoje położenie. Legenda powstania tego kamienistego jęzora mówi o olbrzymce, która poczuła się na wyspie niezwykle samotnie i postanowiła z kamieni usypać groblę łączącą ją z lądem stałym. Nazbierała kamieni, ale w pewnym momencie straciła równowagę, upadła i... z grobli został jedynie kamienisty jęzor, a z olbrzymki - stara panna. Cóż... tak bywa.

   Z Hano kierujemy się powoli w stronę Karlskrony na prom do domu. Po drodze jeszcze mały przystanek w rybackiej wiosce, kilka fotek i pakujemy się do autokaru. Po dotarciu do Karlskrony zostało nam jeszcze jakieś pół godziny do odprawy, więc przewodnik Paweł zabrał nas na punkt widokowy i rynek w centrum.

   Niestety wszystko co dobre kiedyś się kończy... Ale z drugiej strony koniec jednego może być niezłym początkiem czegoś nowego. I w związku z tym zdecydowałyśmy z Martą, że w czerwcu znowu ruszymy na drugą stronę Bałtyku, tym razem na wycieczkę pod hasłem: Szwecja na wesoło :)

   W końcu z Gdyni do Karlskrony jest zaledwie... 260 km. I mamy na to twarde dowody ;)

Drogowskaz w Karlskronie



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 19