Zapraszamy na wspólną wędrówkę po Szwecji...
Blog > Komentarze do wpisu

Panie, a te Kalmary to gdzie?

Zamek w Kalmarze

Tym razem wybrałyśmy się z Martą na wycieczkę o nazwie: Kalmar i Olandia. Początek podróży tradycyjnie rozpoczął się wypłynięciem z Gdyni promem Stena Baltica. Rany, znów ten posmak luksusu...Oraz mała satysfakcja: wygrane pudełko czekoladek w loterii na statku! A dodatkową atrakcją były: urodziny Marty, o których o mały włos nie zapomniałam i oczywiście kabina Business Class. Tak, tak, my czasami też lubimy poszaleć :) Poza tym dla odmiany na nocleg w Karlskronie zatrzymałyśmy się w nowym hotelu Scandic. Ale to już temat na osobny tekst. A tymczasem...

Faktycznie, łudziłam się, że Magda zapomni o moich „jezuskowych” urodzinach. Niestety, po kolejnym telefonie, na który odpowiedziałam: „Dzięki, że pamiętałeś”, Magda zorientowała się w czym rzecz i szybko uknuła chytry plan. Uśpiła moją czujność, czmychnęła do sklepu i wróciła z  super wisiorkiem w kształcie ważki. Wisior jest super i noszę go teraz cały czas. Może przyniesie mi szczęście. Póki co, to Magda wygrała czekoladki, ja wyciągnęłam tradycyjnie pusty los, ale lubię grać i powiem więcej –następnym razem spróbuję się zmierzyć z jednorękim bandytą na promie. A co tam...

Kabina faktycznie była super – w „businessach” jest o tyle fajnie, że nie ma łóżek piętrowych. Sama kabina też jest zrobiona na dużym szlifie – wszystko w drewnie, marynistyczne obrazki na ścianach i takie tam bajery. Jest też telewizor, a jak ktoś jest super mediocholikiem jest możliwość podłączenia się do internetu. Od całkiem niedawna z internetu na promie można korzystać bez ograniczeń. Wcześniej trzeba było wykupić zdrapkę na określony czas korzystania z sieci, a teraz ...pełen luksus.

Co się tyczy hotelu, to podobał mi się od samego początku – lubię nowe rzeczy, a nawet nowoczesne. Pokoje są jasne, przestronne, ale nie pozbawione wrażenia gościnności, choć nie czuje się tu tej przytulności co  w Conradzie. Stylistyczny chłód – to lubię.

Położenie hotelu też podbiło moje serce, bo obiekt znajduje się nad samą wodą, a jednocześnie w centrum Karlskrony, w okolicach targu rybnego. Wiąże się to jednak z małym niebezpieczeństwem, o czym przekonałyśmy się jedząc śniadanie na tarasie hotelu. Rozbestwione szwedzkie ptactwo wszelkiej maści atakowało pozostawione talerze, tłukąc przy tym naczynia. Ludzi, co prawda nie atakują, ale Hitchcock spokojnie może tym ptaszkom wystawić pozew o plagiat...

Pod Zamkiem w Kalmarze

Następnego dnia po śniadaniu pan kierowca Boguś i urocza przewodniczka Marta zabrali nas na zamek w Kalmarze, który jak się okazało był dawno, dawno temu graniczną twierdzą broniącą Szwedów przed Duńczykami. Mało tego, ów zamek rozbudowywany przez królów z dynastii Wazów, był ostatnim punktem oporu wojsk wiernych Zygmuntowi III w wojnie o szwedzką koronę. Podobno w średniowieczu Kalmar był jednym z największych portów handlowych w Szwecji.

Zaraz przy zamku szwedzka wersja starego miasta. Dokładnie taką nazwę nosi kilka uliczek przytulonych do granic zamku. Wygląd tego miejsca jest daleki od naszych polskich wyobrażeń na temat starówki. Stare miasto w Kalmarze to urokliwe uliczki z malutkimi drewnianymi domkami, brukowanymi uliczkami i z ogrodami pełnymi kwiatów. Wszystkie te domy pochodzą z XVII i XVIII wieku, są nadal zamieszkane, a ich właściciele prawdopodobnie już dawno dostali tików nerwowych, bo ich posesje są tak piękne, że fotografują je wszyscy turyści. Miejsce to jest w pewnej odległości od obecnego centrum miasta. Po prostu w pewnym momencie stwierdzono, że jest to niezbyt fortunne strategiczne miejsce – zaraz przed zamkiem i postanowiono przenieść miasto na północny wschód od zamku. To obecne centrum jest z kolei otoczone wysokim murem, po którym można przejść.

W centrum zwiedzamy barokową katedrę, która wbrew epoce, z której pochodzi nie razi nas po oczach przepychem i złotem (z tymi kościołami w Szwecji, to w ogóle ciekawa historia, zajrzyjcie do Ciekawostek:)), idziemy na krótki spacer po starym mieście, a potem mamy czas wolny na obiad, kawę lub ewentualne zakupy.

W Kalmarze jest ciekawa rzecz, którą warto zobaczyć. Drewniany dom na wodzie. Idzie się do niego pokonując niewielki pomost. Wchodzimy do środka, a tam wszystko w miarę normalnie – tylko brak podłogi. Zamiast niej woda. To jest właśnie szwedzka pralnia. Wybudowano ją w ramach „pójścia z postępem i osiągnięciami”, żeby osoby, które piorą mogły się schronić przed deszczem pod dachem. Podobno niektórzy Szwedzi używają jej do tej pory. Sama w sobie doczekała się swego rodzaju nobilitacji. Młodzi ludzie lubią przychodzić tam grać na gitarze, a od fotografów profesjonalistów wiem, że jest tam wyjątkowe światło do robienia zdjęć. No proszę - pralnia...a taka artystyczna.

Z Kalmaru ruszamy ponad 6-kilometrowym mostem na Olandię. Ten most był kiedyś najdłuższy w Europie, nieźle prawda? Widoki są przecudne! Wyobraźcie sobie, że mostem nie mogą przechodzić ani piesi, ani rowerzyści. Jest w tym pewnie jakaś logika. Co nie oznacza wcale, że bez samochodu czy własnie z rowerem nie przedostaniemy się na drugą stronę. Wsiadamy po prostu w Kalmarze w specjalny autobus do przewozu rowerów i...sprawa załatwiona! Proste. Ci Szwedzi mają jednak głowę nie od parady :)

Most Olandzki wybudowano w 1972 roku. Ma  40 m wysokości. Ten most to podobno jedyne miejsce w Szwecji, gdzie można natrafić na korek samochodowy. Szwedzi nie mają Zakopanego i Sopotu – mają za to swoją Olandię – wymarzone miejsce na spędzenie urlopu. Zakochani w tym miejscu Szwedzi powiadają nawet, że wyspa ta jest pozostałością wielkiego motyla, któremu odpadły skrzydła i zakończył swój lot w morzu. Jeździ tam nawet rodzina królewska, która zafundowała sobie tam letnią rezydencję Solliden Slott. Jak jechaliśmy po wyspie spodziewałam się sielankowego widoku, pięknych zielonych lasów, łąk. To wszystko oczywiście jest, ale to co mnie zaskoczyło to krajobraz stepowy, który występuje w pewnej części wyspy. Naprawdę – widok niecodzienny i zupełnie inny od typowo szwedzkich widoków.

Na wyspie w miejscowości Resmo zwiedzamy drewniane XIX wieczne wiatraki typu "koźlak". Wiecie, o co chodzi? Osobiście nie wiedziałam, dopóki ich nie zobaczyłam (Marta pewnie wiedziała, ona też ma głowę nie od parady). No cóż, jak chcecie się sami przekonać, że TE koźlaki, to nie są grzyby, to musicie koniecznie wybrać się na Olandię!

Koźlaki

Koźlaków na Olandii było kiedyś mnóstwo, bo około dwa tysiące. Don Kichot dostałby chyba zakwasów od ciągłych walk... Do tej pory zachowało się ich 355, ale nawet ta liczba powoduje, że jest on symbolem, wizytówką wyspy. Z koźlakami zwanymi również wiatrakami słupowymi jest o tyle dziwacznie, że generalnie składają się one z części nieruchomej – podstawy zwanej kozłem i umieszczonej w niej części ruchomej zwanej sztembrem, która jest umieszczonym w koźle potężnym słupem, na którym obraca się cały budynek... Chciałabym kiedyś zobaczyć takie wirujące domeczki...

Po wiatrakach chłoniemy trochę mitologii nordyckiej przy kamieniach runicznych na cmentarzu w Sodra Sandby oraz nieco historii przy ruinach kaplicy św. Knuta z XII w. i przy pozostałościach po grodzisku Graborg. Patrzymy, a tam beztrosko wypasają się piękne konie...

Kamienie runiczne to półtorametrowej wysokości głazy, na których wyryto pismo runiczne. Nazwa pisma runicznego pochodzi z gockiego i oznacza „tajemnicę”. Nazwa ta faktycznie dobrze odzwierciedla ten twór, mam nadzieję, ludzkiej natury(choć wg wierzeń stworzył je bóg Ondyn), bo o piśmie runicznym nadal wiemy niezbyt wiele. Z tego prostego względu, że do czasów dzisiejszych zachowało się niewiele zapisów – runy najczęściej pisano na kościach lub drewnie, a nie jest to materiał trwały. Ponadto wierzy się, że runy mają moc magiczną. Stojąc obok tego kamienia poczułam, że to naprawdę coś wyjątkowego.

środa, 28 lipca 2010, stenariusz
www.stenaline.pl
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: Mszczuj, login.stenaline.com
2010/07/28 12:52:17
A te kalmary to w końcu były, czy też nie uświadczyłyście ich? :)